Jadąc na upragnione wakacje – w Bieszczady – zdecydowaliśmy się po drodze zwiedzić Zamek w Baranowie Sandomierskim. Na dobrą sprawę powinienem zacząć od przedstawienia samego zamku, ale mówiąc otwarcie zamek nie okazał się być hitem, hitem był za to przewodnik oprowadzający nas po zbrojowni rycerskiej.

Zaczynając więc od końca – po zwiedzeniu wnętrz zamku rzutem na taśmę zdecydowaliśmy się jeszcze na wizytę w zbrojowni. Szybko okazało się, że była to jedna z lepszych decyzji tego dnia.

Kupiliśmy bilety i zaliczając trzyminutowe opóźnienie dołączyliśmy do grupy. Szybki ogląd sytuacji nie nastrajał optymistycznie – eksponatów nie było zbyt wiele, co więcej wydawały się one dość przypadkowe… (choć dla mnie dużą ciekawostką było średniowieczne czółno wyciągnięte z Wisły, ale to chyba dlatego, że pasjonuję się konstrukcjami drewnianymi). Aby oddać klimat wyobraźcie sobie, że wchodzicie do słabo oświetlonego, ponurego pomieszczenia z małą ilością eksponatów. W tych okolicznościach wita Was serdecznie przewodnik i rozpoczyna swoją opowieść – pasjonującą opowieść. Niewielka liczba eksponatów nie była dla niego żadnym problemem. Zgromadzone w gablotach przedmioty stanowiły raczej tło lub luźną inspirację do przezabawnych i pasjonujących opowieści. Zdradzać szczegółów oczywiście nie będę, ale powiem Wam, że dzięki tej wizycie dowiedzieliśmy się jak w przeszłości wykorzystywana była smocza jama w Krakowie i był to cel daleki od bajkowej historii. Jak więc widać nasz przewodnik dość szeroko wykraczał poza mury Zamku w Baranowie Sandomierskim, docierając aż na wzgórza wawelskie.

Chyba po raz pierwszy podczas naszych podróży trafiliśmy na przewodnika mającego tyle pasji, wiedzy historycznej i co najważniejsze poczucia humoru. Udowodnił on, że nawet opowiadając o – zdawałoby się – nudnych i mało wyszukanych eksponatach można zrobić porywające show. Zwiedzanie zbrojowni trwało zaledwie 45 minut, jednak w tym czasie wielokrotnie wybuchaliśmy śmiechem słuchając różnych anegdot czy historyjek.

Wracając jednak do początku – sam zamek z zewnątrz prezentuje się bardzo dobrze. Widać, że ktoś włożył ogrom pracy, aby doprowadzić go do obecnego stanu. Duże wrażenie robi także fotogeniczna klatka schodowa i piękne kamienne portale nad drzwiami. Wnętrza zamku zwiedzaliśmy z przewodnikiem, dzięki czemu zobaczyliśmy kaplicę w stylu secesyjnym i kilka pomieszczeń (niestety nie był to ten sam przewodnik, który oprowadzał nas po zbrojowni). Najsłabszym elementem zamku okazał się wystrój zwiedzanych sal zamkowych. Pomieszczenia są stylizowane, a ich wystrój to mieszanka stylu francuskiego oraz socrealizmu. Dodatkowo część wnętrz jest prawie pusta, a jak już trafią się jakieś meble to fotele z epoki Gierka. Sprawia to wrażenie pomylenia z poplątaniem i najzwyczajniej w świecie mi się nie podobało. Widać, że renowacja nie została jeszcze przeprowadzona w sposób całościowy. Razi to tym bardziej, że mieliśmy już okazję zwiedzać miejsca, w których – pomimo wielu przeciwności – zadbano nie tylko o bryłę budynku, ale także odpowiednią aranżację pomieszczeń. Najlepszym przykładem niech będzie Pałac w Pławniowicach.

Na zamku prowadzona jest działalność typowo komercyjna – jest restauracja, pokoje hotelowe, organizowane są przyjęcia, konferencje i wesela, co sprawia, że Zamek w Baranowie Sandomierskim ma trochę problem z określeniem własnej tożsamości. Sugeruję przeznaczyć wpływu z kilku wesel na zakup odpowiednich mebli z epoki, a odbiór zamku powinien być dużo bardziej przyjemny.

Podsumowując: przewodnik oprowadzający nas po zbrojowni uratował honor i dobre imię zamku w Baranowie Sandomierskim. Jego opowieści skutecznie przyćmiły początkowe rozczarowanie wnętrzami zamku utrzymanymi w stylu “Siarkopol”, także w ogólnym rozrachunku sprawiły, że wycieczkę wspominamy bardzo dobrze… tylko koniecznie zwiedzajcie z przewodnikiem o imieniu TOMASZ :-)

 


Zostaw komentarz